Plenerowe spotkanie „My, Romowie z Wadowic”

Jesteś tutaj : Strona główna / Aktualności / Wydział Promocji Gminy / Plenerowe spotkanie „My, Romowie z Wadowic”

Stowarzyszenie Romów w Wadowicach „Cierchenia” z Towarzystwem Miłośników Ziemi Wadowickiej zapraszają na kolejne spotkanie plenerowe przy cygańskiej muzyce i jedzeniu. Tym razem odbędzie się ono na wadowickiej Wenecji w najbliższą sobotę 28 lipca o godzinie 16:00 .

Mimo, że jesteśmy mieszkańcami Wadowic ponad 50 lat, niewiele się znamy. Przyczyną tego jest  zapewne nasza odrębność zamknięta dla obcych, niepojmowane obyczaje  i „cygańskie” zachowanie, które służyło nie pomnażaniu majątku, ale utrzymaniu bytu rodziny. Pozwoliło nam to jednak, mimo nacisków i prześladowań, zachować swoją tożsamość ,  język i własne tradycje, które nadal podtrzymujemy.

Jak wiecie Romowie zwani Cyganami pochodzą z dalekich Indii a do Polski przywędrowali w XV wieku. Z początkiem lat sześćdziesiątych  ustawa o obowiązkowym zameldowaniu czyli osiedleniu,  zmusiła naszych rodziców do rezygnacji z  wędrujących taborów,  które były istotą naszego życia. Każdy tabor rodzinny lub kilku rodzin, miał swojego wójta, który był przewodnikiem i szefem, opiekunem i władzą, załatwiał i rozsądzał.

Starsi zapewne pamiętają koczujące nad Skawą wozy cygańskie, pełne dziecięcego gwaru, dymu z ogniska, zapachu koni i pozornego bałaganu. To była dla naszych rodziców wolność  życia w przyrodzie, od wiosny po jesień. Zimą życzliwi ludzie dawali nam miejsce dla wozu w swoich obejściach. Takie wozy na niskich zawieszeniach, oszklone i zdobione,  robił dla Cyganów stolarz Pawłowski  i kołodziej Lipowski na ulicy Wadowity.

Dolina Skawy była naszym domem, od Suchej po Zator. Za papiernią, przy Skawie mieszkały nasze rodziny: Kwiatkowskich, Majewskich i Buriańskich.  Jako pierwsza, w 1964 roku, zamieszkała na stałe w mieście, w nieistniejącym juz domu Huppertowej  na plantach,  5 osobowa rodzina  ciotki Anny Buriańskiej. Zimą mieszkaliśmy tam w zasadzie wszyscy, a z wiosną wracaliśmy pod namioty i do wozu nad Skawę. Rodzice handlowali czym się dało, ciotki wróżyły i wszyscy kombinowaliśmy, by jakoś przeżyć. Jak brakowało zrozumienia naszych skromnych potrzeb i życzliwości ludzi, to brało się z sadu owoce, z pól ziemniaki, kapustę, marchew i porywało z gospodarstwa  kury. Stąd to uprzedzenie i opinia o nas, chociaż już nikt kur nie hoduje. Kradliśmy nie dla zysku, ale by przeżyć i żyć sobie spokojnie w plenerze, nad wodą, z daleka od sklepów, urzędów, całego tego betonowego raju i pracy, której obowiązku Bóg nie stworzył tylko ludzie. Goniła nas po wiklinie milicja za brak zameldowania, blokowano tabory i zmuszano do  zamieszkania. Po ciotce Buriańskiej osiedliły się w mieście rodziny Kwiatkowskich  i Majewskich, bo w zasadzie wszyscy wywodzimy się z jednego, familijnego pnia naszego króla cygańskiego, Romana Kwiatkowskiego z Oświęcimia.

Musieliśmy chodzić do szkoły, co było problemem, bo od wiosny do jesieni wracaliśmy rodzinami pod namioty a nauczyciele tego nie uwzględniali. Powoli, według państwowych  norm nas cywilizowano. Chcąc się utrzymać, rodzice musieli podejmować pracę z nakazu lub dobrowolnie. Pracę przeważnie fizyczną, bo obce nam było wykształcenie i wieczna pogoń za dobrobytem, a bliższe nieskrępowana  wolność i swoboda życia. Zajmowali się handlem końmi na targach i jarmarkach, bieleniem patelni, kowalstwem, wróżeniem, muzyką  i wszelkimi „geszeftami”, by podołać a nie być przywiązanym osiem godzin do nudnej pracy. Tak to było do połowy lat siedemdziesiątych. Zimą w domach, od wiosny w plenerze.

Obecne,  drugie i trzecie pokolenie, to z dziećmi około 110 osób czyli zaledwie 0,5% mieszkańców Wadowic. Jesteśmy narodem bez własnego państwa, żyjemy w diasporze czyli w rozproszeniu po całym świecie jak Żydzi. My jednak jesteśmy katolikami jak wszyscy Polacy. Chrzcimy dzieci, robimy  komunię a nasze śluby i wesela nie są tak wystawne jak wasze, ale nadal mają swoją specyfikę. Zdarzają się jeszcze porwania młodej panny, co prawda drogą internetową, ale zawsze.

Często jeździmy całymi rodzinami na kilkudniowe biwaki pod namiotem, bo mimo upływu lat ciągnie nas nad rzekę, do przyrody, do specyficznego rodzaju swobody. Rodzina jest dla nas – jak zapewne dla wszystkich – najważniejsza. Bardzo szanujemy starszych, seniorów, którzy w naszej społeczności mają swoje zaszczytne miejsce, służą nam swoim doświadczeniem i wiedzą, co nieczęsto się zdarza w waszych rodzinach. To zawsze starszyzna ma głos decydujący we wszystkich w sprawach. To dzięki nim nie ma wśród nas narkomanii. Dzieci chodzą do szkół, a dorośli pracują.

Jeszcze dorabiamy wróżeniem czy odręcznym handlem czym popadnie, bo każdy towar ma swojego klienta. Nawet chiński. Nazywamy siebie Galicjakami, z szacunku do przeszłości, bo Małopolska w Galicji, Kraków i okolice, były dla nas najbardziej przychylne a mieszkańcy życzliwi. Należymy do najliczniejszej grupy Cyganów – Polskiej Romy. Jesteśmy wadowiczanami. Jan Paweł II był też naszym papieżem i parafia jest nasza parafią.

Mimo tylu lat wspólnego oswajania, cały czas odczuwamy wasze uprzedzenia, niechęć i brak tolerancji, które ugruntowuje ostatnio obecność Cyganów z Rumunii czy Słowacji. Pamiętajcie, że obowiązuje nas nadal zasada, nie pozwalająca na złe zachowanie w miejscu zamieszkania a podstawowe prawa cygańskie mówią: nie bądź kapusiem, nie bądź złodziejem cygańskim, nie bądź hyclem. Sprzeniewierzenie się naszym zasadom, grozi wykluczeniem czyli taką cygańską ekskomuniką. Trzy lata temu zawiązaliśmy stowarzyszenie „Cierchenia” (gwiazdy), które mamy nadzieję będzie małym pomostem łączącym nas z wami. Lubicie naszą muzykę, folklor, egzotykę i festiwal w Ciechocinku.  Nie chcemy, abyście nas kochali, ale zrozumieli i tolerowali. Stosunek do nas, współmieszkańców obcych etnicznie, jest bowiem miarą kultury  krajanów Jana Pawła II,   wyższą  niż majątek obrosły domami, autami, płotami i sąsiedzką zawiścią.

Wprowadzono: 27 lipca 2018